Symeon's Plainsong

Coś mi wpadło do oko, jadę do Maroko

Jadę do Maroko. Byliśmy na wakacjach w Maroko. Coraz częściej słychać takie wypowiedzi z ust osób, które odwiedziły Maroko lub wybierają się do tego kraju.

Dziwi mnie to niepomiernie, bo słowo Maroko jest obecne w polszczyźnie od dawna, a jego desygnatem jest duże bądź co bądź państwo, o którym mówi się i pisze przy różnych okazjach.

Jako ortofaszysta mógłbym pastwić się nad wieloma błędami językowymi, ale nieodmienianie wyrazów razi szczególnie, bo jest sprzeczne z naturą naszego języka. Zwłaszcza gdy dotyczy słowa, które nie jest świeżym zapożyczeniem i które nie sprawia trudności w deklinacji.

Ale nie chcę wytykać błędów. Zastanawia mnie coś innego. Zakładam, że osoby, które udają się do Maroka lub stamtąd wróciły, powinny choć trochę interesować się tym państwem. Można spodziewać się, że będą zapoznawać się z różnymi tekstami, filmami i podkastami na temat Maroka – żeby zaplanować wycieczkę albo po prostu dowiedzieć się czegoś o tym kraju. I dzięki tym materiałom powinny osłuchać się (oczytać) z prawidłową odmianą tego słowa i ją przyswoić. Tak się jednak nie dzieje. Dlaczego?

Po pierwsze, być może jest tak, że podróżowanie do dalekich krajów zdemokratyzowało się i spowszedniało tak, że wyjazd w takie miejsce nie jest poprzedzony długimi przygotowaniami obejmującymi poznawanie kultury, historii i geografii danego obszaru. Wyjazdy są tańsze, możemy sobie na nie pozwolić częściej. Niektórych pewnie w ogóle nie ciekawi miejscowa kultura, chcą po prostu odpocząć w ładnej i ciepłej destynacji. Tydzień tu czy tydzień tam – co to za różnica, wyruszamy z marszu, bez przygotowań, nie interesując się zbytnio krajem, do którego jedziemy.

Po drugie, być może jest tak, że jednak przygotowujemy się do wyjazdów, ale podczas tych przygotowań obcujemy z materiałami... niezbyt starannie opracowanymi. Za materiały w tradycyjnych mediach (prasie, radiu, telewizji) odpowiadają dziennikarze, których kultura języka raczej nie budzi zastrzeżeń (karta mikrofonowa!). Natomiast w sieci można natknąć się na różne podkasty czy filmiki, których autorzy są trochę na bakier z polszczyzną. Czasem źle odmienią jakieś słowo (albo – jak w tym przypadku – go nie odmienią), popełnią jakiś błąd gramatyczny lub stylistyczny. Odpływ czytelników, widzów i słuchaczy od tradycyjnych mediów powoduje, że coraz częściej karmimy się treściami, które produkują amatorzy lub półamatorzy. Ciekawe, jakie w dłuższej perspektywie będzie to mieć skutki dla naszego języka. (A jakie skutki będzie mieć masowe korzystanie z czatbotów – to już inna kwestia.)