Symeon's Plainsong

Dzieci i ekrany

Wiedza o szkodliwym wpływie ekranów na najmłodsze dzieci przebija się coraz bardziej do społecznej świadomości. Duży zasięg mają kampanie społeczne informujące, że dzieci do ukończenia 2. roku życia w ogóle nie powinny patrzeć w smartfon czy tablet.

Taki przekaz może wywoływać błędne przekonanie, że z chwilą zdmuchnięcia świeczki z okazji drugich urodzin ograniczenia w zasadzie przestają obowiązywać, a dzieci można bez wyrzutów sumienia posadzić przed ekranem. Oczywiście to nieprawda. Dzieci po ukończeniu 2. roku życia również w zasadzie nie powinny korzystać z takich urządzeń. Ale oczywiście korzystają, o czym świadczy duża liczba prostych „bajek” dla przedszkolaków na YouTubie.

Już krótkotrwały kontakt z tymi materiałami pozwala dostrzec ich cechy. W tradycyjnej telewizji kreskówki były wyraźnie podzielone na odcinki, a te miały jasno zarysowaną fabułę, wstęp, rozwinięcie i zakończenie. Śledzenie akcji wymagało utrzymania uwagi przez jakiś czas. Tymczasem współczesna „bajka” dostępna na YouTubie to najczęściej zbiór filmików, składający się z wielu luźno powiązanych ze sobą scen z udziałem jednego bohatera. Scenki płynnie przechodzą jedna w drugą, ale nie są częściami jednej opowieści. Trudno zorientować się, kiedy kończy się jeden „odcinek”, a kiedy zaczyna kolejny. Można rozpocząć i zakończyć oglądanie tych filmików w zasadzie w dowolnym momencie – bez żadnej straty dla znajomości fabuły. Umiejętność koncentracji nie jest potrzebna. Nie sposób nie dostrzec niepokojącego podobieństwa tych materiałów do rolek w serwisach (anty)społecznościowych...

Oczywiście big techy wiedzą, że rodzice niepokoją się o zdrowie i dobrostan swoich dzieci, i dlatego oferują remedium: dziecięce wersje aplikacji, takie jak YouTube Kids. Słowo „kids” ma uspokoić rodziców, którzy wierzą albo chcą wierzyć, że ich pociechy korzystają z narzędzia dostosowanego do ich wieku. Jest to świetny zabieg marketingowy przypominający działania producentów żywności oferujących płatki śniadaniowe, słodycze i inne gównożarcie zawinięte w wielobarwne opakowania z postaciami z kreskówek sugerującymi – bezpodstawnie – że mamy do czynienia z produktem dla dzieci.

Dziecięce wersje aplikacji (lub profile przeznaczone dla dzieci) poprawiają wizerunek big techów, zatrzymują odpływ widzów, uciszają wyrzuty sumienia rodziców („przecież to jest dla dzieci”) i co chyba najważniejsze – wychowują przyszłych lojalnych użytkowników „dorosłej” wersji serwisu.

Prawdą jest, że aplikacje lub profile dla najmłodszych pozwalają uchronić dzieci przed nieodpowiednimi treściami (choć filtrowanie nigdy nie będzie w 100 procentach skuteczne). Nie chronią jednak przed najbardziej szkodliwymi cechami takich serwisów, jak dopaminowe zastrzyki, natychmiastowa gratyfikacja, poszatkowana uwaga i promocja narcyzmu. Nieodwracalnie zabierają zdolność koncentracji i czas, który można byłoby spożytkować w bardziej wartościowy sposób.