Symeon's Plainsong

Po kiego grzyba mObywatel?

Dużo ostatnio słychać o aplikacji mObywatel. Udostępniane są coraz to nowe funkcje, opublikowano wreszcie kod źródłowy, w czeluściach sieci można znaleźć utyskiwania nerdów na brak możliwości oficjalnej instalacji aplikacji z pominięciem Sklepu Google Play lub App Store (korzystanie z tych sklepów wymaga zaprzedania duszy diabłu, czyli posiadania konta u jednego albo drugiego cyberkorpa).

Ja jednak nie mam aplikacji mObywatel i (przynajmniej na razie) nie zamierzam jej instalować. Co miałoby za tym przemawiać?

  1. Weryfikacja tożsamości za pomocą aplikacji zamiast dowodu osobistego

Naprawdę? To ma być usprawnienie? A czy telefon jest lżejszy, poręczniejszy albo trwalszy od plastikowej karty? Nie sądzę. Noszenie ze sobą normalnego dowodu osobistego nie jest chyba żadnym obciążeniem, wyzwaniem ani barierą...

  1. Składanie wniosków do urzędów

Spójrzmy prawdzie w oczy: przeciętny Polak nie korzysta na co dzień z tej funkcji. Jeśli nie prowadzimy działalności gospodarczej, nie toczymy sporu z sąsiadem o miedzę ani nie jesteśmy pieniaczami – wnioski do urzędu składamy raczej rzadko. Czy przy takiej częstotliwości trzeba mieć do tej czynności aplikację? Równie wygodnie można złożyć wniosek (lub zastrzec numer PESEL) za pomocą przeglądarki (serwis gov.pl), a na komputerze wykonanie tej czynności jest jeszcze wygodniejsze – można objąć wzrokiem większą część formularza, łatwiej też wprowadzić dane, używając fizycznej klawiatury.

  1. Sprawdzanie informacji o sobie w rejestrach (PESEL, CEPiK, dane paszportowe)

To już prawdziwa nisza. Nie licząc przypadków zwykłej ciekawości, do zupełnej rzadkości należą przypadki sprawdzania danych o sobie w rozmaitych rejestrach. Z powodzeniem można to zrobić za pomocą przeglądarki – jak w przypadku wniosków.

Jednak coraz więcej osób korzysta z aplikacji mObywatel. Dlaczego?

  1. Bo chcą być nowocześni, iść z duchem czasu, nie zważając na to, czy dane rozwiązanie rzeczywiście ułatwia im życie, i nie bacząc na ewentualne negatywne konsekwencje.

  2. Bo zainstalowali aplikację, żeby zobaczyć, jak ona działa, z czystej ciekawości, a potem... nie zastanowili się, czy warto ją nadal mieć, i bezrefleksyjnie ją pozostawili.

  3. Bo chcą załatwiać sprawy urzędowe online i jedynym urządzeniem, jakiego mogą użyć do tego celu, jest smartfon. Nie mają innego urządzenia (laptopa), bo albo go nigdy nie mieli (najmłodsi, seniorzy), albo się popsuł i nie kupili nowego, albo wprawdzie działa, ale jest stary, powolny, ze słabiutką baterią i trudno z niego wygodnie korzystać. Cóż, chyba trzeba pogodzić się z tym, że ludzie wolą kupować co dwa lata nowy telefon niż naprawić lub kupić nowy laptop (to temat, który może kiedyś rozwinę).

Tak czy owak aplikacja mobilna mObywatel ma coraz więcej użytkowników i w niektórych środowiskach zaczyna rozpowszechniać się groźne przekonanie, że korzystają z niej wszyscy, co prowadzić może do działań dyskryminujących osoby nieposiadające tej aplikacji. Przykłady?

  1. Podczas rekrutacji na jedną z uczelni mObywatel miał być jedyną dopuszczalną formą weryfikacji tożsamości kandydata. Na szczęście uczelnia odstąpiła od tego pomysłu po tym, jak media opisały sprawę.

  2. Projekt państwowego dziennika elektronicznego zakłada, że uwierzytelnienie użytkownika ma odbywać się za pomocą mObywatela – tak przynajmniej można wnioskować z medialnych doniesień. Na szczęście na etapie konsultacji pojawiły się głosy rozsądku opowiadające się za możliwością dopuszczenia innych metod weryfikacji (kody SMS), a także za równoległym funkcjonowaniem przeglądarkowej wersji dziennika (co wskazywałoby na to, że pierwotnie twórcy przewidywali wyłącznie istnienie aplikacji mobilnej). Kwestia przeglądarkowej wersji dziennika była omawiana również na posiedzeniu komisji sejmowej w lipcu br.

  3. Po ostatnim naruszeniu polskiej przestrzeni powietrznej ekspert proponował, aby zamiast wysyłania SMS-owych alertów RCB rozważyć „nowocześniejsze” rozwiązania, np. powiadomienia typu pop-up lub komunikaty push wyświetlane na ekranach telefonów za pośrednictwem aplikacji mObywatel... Nie jestem specjalistą od zarządzania kryzysowego, ale wydaje mi się, że lepiej w takich sytuacjach korzystać z rozwiązań prostszych (SMS-om wystarczy sieć 2G) i powszechniejszych (SMS odbierze każdy telefon podłączony do sieci komórkowej, bez zakładania jakiegokolwiek konta, bez posiadania jakiejkolwiek aplikacji). Przy okazji tego incydentu okazało się też, że niektóre samorządy szybciej publikowały komunikaty na Facebooku niż na swoich oficjalnych stronach, ale to temat, który zasługuje na odrębną notkę.

Moja niechęć do nachalnego promowania mObywatela w formie aplikacji mobilnej i traktowania posiadania tej aplikacji jako de facto obowiązku obywatelskiego wynika z przeświadczenia, że nie każdy może albo chce korzystać z tego rozwiązania. Chodzi oczywiście przede wszystkim o osoby wykluczone cyfrowo, zwłaszcza w podeszłym wieku. Uważam też, że utrzymywanie alternatywnych kanałów korzystania z usług publicznych – czy to całkowicie offline, czy to online, ale bez pośrednictwa big techów, czyli w praktyce za pomocą przeglądarki (bez instalowania aplikacji) – realizuje wolności obywatelskie i w jakimś stopniu przyczynia się do utrzymania suwerenności cyfrowej (tak chętnie odmienianej przez przypadki przez różnych polityków).