Re:Wakacje 2001
Zainspirowany wpisem Bartłomieja Kluski zacząłem zastanawiać się nad tym, jak w moim przypadku wyglądały wakacje 2001 roku, i wyzwoliłem garść wspomnień.
W mojej pamięci lato w tamtych czasach było zazwyczaj chłodne. Oczywiście w środku dnia słońce potrafiło prażyć dotkliwie, ale wieczory i poranki były rześkie, pełne ożywczego wiatru, który nie pozwalał zapomnieć, że jesteśmy częścią natury. Nie znaczy to, że nie zdarzały się wówczas ponadtrzydziestostopniowe upały. Były, ale w moją pamięć wryły się silniej dni prawdziwego polskiego lata, podczas którego chłodne poranki przyprawiały o gęsią skórkę, a wieczorne wyjście na miasto wymagało wzięcia cieplejszego ubrania, żeby nie zmarznąć na kość.
Skoro lata nie były takie upalne jak dziś, to może były to jeszcze czasy sprzed globalnego ocieplenia? A może idealizujemy przeszłość, chcemy postrzegać młodość jako czas lepszy od dzisiejszego, bliższy naturalnemu stanowi rzeczy – i dlatego pamiętamy to, co odróżnia go od teraźniejszości? Pamiętamy chłodne lata, bo chcemy wierzyć, że nasza młodość przypadła na względnie spokojny czas, w którym wszystko przebiegało według odwiecznych prawideł, a katastrofa klimatyczna miała dopiero nadejść?
Wspomniałem o wieczornym wyjściu na miasto. Nie bez powodu. Lato 2001 roku to okres pierwszych swobodnych towarzyskich spotkań, podczas których czuliśmy, że jesteśmy już dorośli, i za takich chcieliśmy być uważani. Nie były to jakieś wielkie imprezy, raczej szwendanie się licealistów po mieście i wizyty w knajpach (pubach?), gdzie z duszą na ramieniu zamawialiśmy piwo, licząc, że barman czy kelner nie poprosi o udokumentowanie wieku, a gdy to uczyni – jedna (chyba sfałszowana) legitymacja wystarczy, żeby złocisty trunek dostała cała grupa.
Najbardziej zdumiewający i nierzeczywisty z dzisiejszego punktu widzenia jest sposób, w jaki organizowaliśmy te wyjścia. Nikt z nas nie miał jeszcze komórki, a mimo to potrafiliśmy sprawnie umówić się na spotkanie, przyjść w wyznaczone miejsce o określonej godzinie i podczas całego wieczoru nie pogubić się (a dzieliliśmy się niekiedy na podgrupki, by za chwilę z powrotem być razem). Używaliśmy do tego celu oczywiście telefonów stacjonarnych, jakie mieliśmy w domach. Nikt z nas nie miał listy numerów do wszystkich, ale wystarczyło, że inicjator spotkania zadzwonił do 2-3 osób, każda z nich do kolejnych 2-3 osób itd. i w ten sposób udawało się zebrać całkiem pokaźną ekipę. Nie muszę dodawać, że czasem trzeba było dzwonić kilkukrotnie, żeby zastać rozmówcę, zazwyczaj też – dla dzisiejszej młodzieży to chyba niewyobrażalne – najpierw należało zamienić dwa słowa z domownikiem, który akurat odebrał telefon, i poprosić o podanie słuchawki koledze czy koleżance, z którymi chcieliśmy się skontaktować.
To pomysłodawca spotkania (czasem w porozumieniu z jedną czy dwiema osobami) ustalał datę i godzinę wyjścia. Zazwyczaj miało ono miejsce w dniu rozmowy telefonicznej lub nazajutrz. Nie było możliwości negocjacji. Pozostali uczestnicy spotkania musieli się dostosować do narzuconego terminu. Jakże odmienne jest to od dzisiejszej sytuacji, w której umówienie wspólnego wyjścia kilku osób jest żmudne i czasochłonne, a wybrany z dużym trudem termin i tak okazuje się nie pasować wszystkim.
A przed ćwierćwieczem? Umówienie spotkania nie sprawiało trudności, a frekwencja była duża. Brak telefonów komórkowych uniemożliwiał przekazanie informacji o zmianie planów czy o spóźnieniu, a zatem trzeba było się trzymać raz ustalonego miejsca i terminu. Młodzież miała mniej sposobów spędzania wolnego czasu niż dziś, więc wieczorne spotkania były atrakcyjne i raczej nie kolidowały z innymi planami. No i – last but not least – takie wyjścia pozwalały realizować potrzebę kontaktu z rówieśnikami i przynależności do grupy oraz dawały niezbędne każdemu nastolatkowi poczucie samodzielności i dojrzałości.