Symeon's Plainsong

Smartwatch, czyli historia kurczenia się czasu offline

Wybaczcie dziaderstwo, ale nie sposób nie zacząć od telefonicznego numeru dostępowego 0202122 Telekomunikacji Polskiej SA. Połączenia były drogie, często się zrywały, a impulsy naliczane były za każde rozpoczęte trzy minuty. Dlatego z oszczędności ograniczaliśmy do minimum czas spędzony online. Łączyliśmy się z siecią na chwilę, żeby wysłać przygotowane wcześniej wiadomości (oczekujące w folderze Skrzynka nadawcza) i odebrać nową korespondencję. Czytaliśmy ją już po rozłączeniu się z internetem. Popularnością cieszyły się też programy do zgrywania całych stron WWW na dysk komputera, aby można je było spokojnie przeglądać offline. Czas spędzony online był jeszcze niewielkim wycinkiem życia.

Szczęściarzem był ten, kto miał stałkę, czyli stałe łącze. Początkowo z przywileju tego korzystali przedstawiciele środowiska akademickiego. Stałe łącze trafiło pod strzechy, gdy TP SA (zwana złośliwie Telekomuną)1 wprowadziła długo oczekiwaną usługę SDI, a potem Neostradę. Wtedy ilość czasu spędzanego online znacznie się wydłużyła. Byliśmy online w zasadzie tyle, ile włączony był komputer. A ponieważ komputer był stacjonarny i nie dało się go wziąć ze sobą, wyjście z domu przenosiło nas do świata offline. Byliśmy offline w drodze, w szkole, na uczelni, na łonie natury, na imprezie i na wakacjach (chyba że akurat znaleźliśmy się w kafejce internetowej). Po dłuższym pobycie poza domem mieliśmy wiele do nadrobienia w cyberprzestrzeni. Mogliśmy się zanurzyć w lekturze mejli otrzymanych podczas naszej nieobecności i zaległych postów na forach dyskusyjnych.

Upowszechnienie się laptopów, które nastąpiło w okolicach 2005 r., zwiększyło ilość czasu spędzanego online, bo mogliśmy zabrać komputer ze sobą i połączyć się z internetem poza domem, pod warunkiem że znaleźliśmy sygnał sieci Wi-Fi. Nie zawsze nam się to udawało. Poza tym taszczenie laptopa niekoniecznie było wygodne i rozsądne. Nadal pewna część życia odbywała się offline.

Rewolucją oczywiście były smartfony, ale przecież nie nastąpiło to z dnia na dzień. Musiało minąć trochę czasu, zanim wydajność i wielkość ekranu tych urządzeń wzrosła na tyle, że można było wygodnie korzystać ze wszystkich ich funkcji. Czekaliśmy też na obniżkę cen za transfer danych w planach taryfowych operatorów telekomunikacyjnych, no i chwilę trwał proces upowszechniania się komunikatorów i innych aplikacji służących do kontaktu. W ten sposób już w okolicach 2015 r. byliśmy online prawie non stop, pod warunkiem że znajdowaliśmy się w zasięgu sieci komórkowej2. Oczywiście wciąż istniały wówczas enklawy offline wynikające z faktu, że wyjęcie telefonu z kieszeni rzuca się w oczy i w niektórych sytuacjach życiowych (np. w kościele, podczas ważnego spotkania, podczas intymnego zbliżenia) zwyczajnie nie wypada po niego sięgać. Byliśmy offline także wówczas, gdy nie wzięliśmy telefonu ze sobą, czy to celowo, czy z roztargnienia (np. na spacer z psem czy do toalety).

Te ostatnie bastiony życia offline ostatecznie upadły z chwilą pojawienia się smartwatchów. Smartwatch towarzyszy nam cały czas, trudniej go zostawić gdzieś czy zgubić, no i łatwo zerkać na niego ukradkiem w sytuacjach, w których wyjęcie telefonu byłoby nietaktem. Nie zdejmujemy go przed snem ani przed pójściem do toalety. Jesteśmy już cały czas online.

  1. Warto przy tej okazji przypomnieć utwór Telekomunikacja zespołu Kury.

  2. W tym też mniej więcej czasie zasięg pojawił się w warszawskim metrze. Patrząc na tłumy pasażerów wpatrzonych w ekran, trudno wyobrazić sobie, że stało się to tak niedawno.