Symeon's Plainsong

Zgubne superwygody

Nie chcę potępiać rozwiązań technologicznych, dzięki którym życie stało się łatwiejsze i wygodniejsze. Ale big techy stale podsuwają nam (czasem niepostrzeżenie) różne usprawnienia, które są już mniej przełomowe, a które z lenistwa i beztroski akceptujemy, przypłacając to utratą prywatności, zdolności poznawczych i innymi negatywnymi konsekwencjami.

  1. Zdjęcia cyfrowe

Fotografia cyfrowa ułatwiła upamiętnianie ważnych momentów życiowych, zwykłej codzienności, ale też po prostu wykonywanie pracy osobom, które korzystają z aparatu w celach zawodowych. Brak ograniczeń ilościowych, natychmiastowy podgląd wykonanych fotografii, zoom cyfrowy, łatwość powielania i przenoszenia plików, możliwość szybkiej edycji zdjęć – to olbrzymi postęp. Niesamowita wygoda. Ale okazuje się, że to zbyt mało. Okazjonalne podłączenie do komputera aparatu (telefonu) lub karty pamięci, żeby przesłać zdjęcia, to zbyt duży wysiłek. Potrzebujemy superwygody. Kopie zdjęć muszą być automatycznie wysyłane do chmury – najlepiej domyślnie, w tle, bez naszego udziału. A co z prywatnością?

  1. Wyszukiwarki

Wyszukiwarki dały każdemu dostęp do praktycznie całej zgromadzonej przez ludzkość wiedzy. Nigdy wcześniej informacje nie były tak łatwo osiągalne dla tak szerokiego grona ludzi. Niesamowita wygoda. Ale okazuje się, że to zbyt mało. Samodzielnie przejrzenie wyników wyszukiwania, wybranie najtrafniejszych rezultatów i najbardziej wiarygodnych źródeł to zbyt duży wysiłek. Potrzebujemy superwygody. Wyniki wyszukiwania muszą być zsyntetyzowane, tak żebyśmy otrzymali łatwostrawne podsumowanie. A co z umiejętnością krytycznej analizy źródeł?

  1. Paczkomaty

Paczkomaty zrewolucjonizowały sposób, w jaki otrzymujemy przesyłki. Docierają do celu szybko, nie musimy stać w kolejkach, odbiór możliwy jest siedem dni w tygodniu przez całą dobę. Niesamowita wygoda. Ale okazuje się, że to zbyt mało. Wstukanie kodu i numeru telefonu na terminalu paczkomatu to zbyt duży wysiłek. Potrzebujemy superwygody. Koniecznie musimy mieć aplikację, dzięki której jednym tapnięciem zdalnie otworzymy odpowiednią skrytkę paczkomatu. Tymczasem każda dodatkowa aplikacja na naszym telefonie to zagrożenie dla prywatności... Wszak apki to pułapki.

  1. Języki obce

Internet daje dostęp do nieprzebranej masy tekstów i nagrań w językach obcych. Dzięki temu możemy czytać, słuchać i oglądać materiały, które nas rzeczywiście interesują. W ten sposób uczymy się języka chętniej i efektywniej niż w przypadku tradycyjnych kursów, które oferują drętwe teksty i nagrania. Możemy też rozwijać w ten sposób nasze zainteresowania – dotyczy to zwłaszcza zagadnień, które nie doczekały się wielu materiałów po polsku. Niesamowita wygoda. Ale okazuje się, że to zbyt mało. Potrzebujemy superwygody. Koniecznie trzeba nam automatycznie przetłumaczyć teksty obcojęzycznych stron internetowych. Trafimy w ten sposób na różne językowe koszmarki, ale przede wszystkim zaniechamy nauki obcego języka, a czynność ta jest przecież niesamowitym treningiem dla naszego mózgu i rozwija różne kompetencje kulturowe, mimo rozwoju technologii wciąż potrzebne.

  1. Aplikacje i serwisy

Wiele aplikacji i serwisów usprawnia nasze życie. Pierwszy przykład z brzegu: aplikacje streamingowe, takie jak Spotify. Za niewielką opłatą miesięczną możemy słuchać wszystkich albumów świata. Płyty nie zajmują cennego miejsca na półkach, a my możemy mieć swoją ulubioną muzykę gdziekolwiek jesteśmy, jeśli tylko mamy pod ręką telefon. Niesamowita wygoda. Ale okazuje się, że to zbyt mało. Potrzebujemy superwygody. Koniecznie trzeba nam wcisnąć playlisty i rekomendacje oparte rzekomo na naszych preferencjach, włączyć animacje i teledyski i jeszcze dorzucić jakieś elementy społecznościowe. Coraz trudniej korzystać z podstawowych funkcji serwisu. Po co to wszystko?

Superwygoda sprawia, że tracimy kontrolę nad całym procesem technologicznym, wiedzę na temat jego przebiegu, a nawet świadomość, że on w ogóle istnieje. Nie jesteśmy już aktywnymi użytkownikami, ale biernymi odbiorcami usług, które – oczywiście dla naszego dobra – są realizowane już bez naszego udziału.

Cała koncepcja internetu rzeczy i smart home opiera się na wciskaniu ludziom bardzo wątpliwych „ułatwień”, przynoszących naprawdę niewielkie korzyści. W imię fałszywie pojmowanego postępu i z czystego lenistwa przyjmujemy rozwiązania, który każdy aspekt naszego życia wikłają w technologię, nie zważając na ryzyka i długofalowe skutki takiego działania.

Superwygodom trudno się oprzeć także dlatego, że szybko zaczynają jawić się jako naturalny, jedyny możliwy sposób korzystania z danej usługi. Są włączone domyślnie, a rezygnacja z nich, o ile w ogóle jest możliwa, wymaga pewnego wysiłku (najpierw jednak trzeba uświadomić sobie ich istnienie i to, że są zbędne!). Bywa, że interfejs jest tak skonstruowany, że możliwość wyłączenia jest utrudniona. Dlatego przeciętny użytkownik nie zadaje sobie trudu, żeby zrezygnować z danego „usprawnienia”. Często nawet nie wie o takiej możliwości. Zazwyczaj zresztą szybko przyzwyczaja się do jego istnienia i już nie wyobraża sobie bez niego życia. A big techy zacierają ręce, bo każda superwygoda wiąże użytkownika silniej z danym serwisem. Rośnie czas spędzony na korzystaniu z aplikacji, a użytkownik dostarcza więcej informacji o sobie, co ułatwia kierowanie do niego lepiej dopasowanych reklam itp.